Get Adobe Flash player

„Jadą wozy kolorowe taborami…”

Ej, Cyganie, tak bym chciała jechać z wami – śpiewała Maryla Rodowicz w Opolu, w 1970 roku. Dziś jednak Romowie kojarzą się nam przede wszystkim z biedą, żebrakami i dziećmi z akordeonami w tramwajach. Zresztą, dualizm postrzegania Romów ma znacznie głębsze korzenie. Wystarczy przeczytać Dzwonnika z Notre Dame, by się przekonać, że nasze odczucia, co do tego narodu, nigdy nie były jednolite.

Z jednej strony kojarzymy ich z korowodem kolorów, wolnością, tańcem i pięknem. Z drugiej zaś ilość memów z napisem „żryj gruz Cyganie” pobiła chyba rekordy w nternecie. A jaka jest prawda o ich kulturze?

Romowie od wieków byli ludem nomadycznym, jednak regulacje prawne (w Polsce po roku 1964) zakazały podróżowania taborami. W efekcie cały naród musiał dostosować się do osiadłego trybu życia. Teraz są społecznością rozproszoną po wszystkich krajach, różniącą się od siebie językiem i kulturą. Jednak jest coś, co spaja Romów z całego świata. To Romanipen, zbiór zasad współżycia społecznego, norm i sankcji, które grożą za ich nieprzestrzeganie. Karą w takim przypadku jest skalanie, czyli podział cygańskiego świata na źiużio, wużio – sfery czyste i marime, magerdo – sfery nieczyste. Dzięki Romanipen Romowie zawsze będą tworzyć zwartą, solidarną grupę. Kodeks ten pozwala odróżnić im „swojego” od „obcego” i nie zatracić swojej kulturowej tożsamości w dzisiejszym świecie.

Niewiele już pozostało z dawnej, romskiej religii. Cyganie, którzy musieli się osiedlić, w większości przyjęli wiarę miejscowych, adaptując ją do swoich potrzeb kulturowych. Jednak tradycja ciągle im towarzyszy. Doskonałym potwierdzeniem tego jest fakt, że Romowie mają trzy imiona – pierwsze znane jest tylko matce, która nadaje je podczas porodu. Nikt inny nie może go poznać, bowiem straci wtedy ochronną moc prze złymi duchami. Drugie imię używane jest wewnątrz plemienia, zaś trzecie służy do kontaktów z nie-Romami. To ostatnie zazwyczaj nadawane jest podczas chrztu w Kościele katolickim.

Romowie nie należą do naszej kultury, ale powoli przestają już także należeć do swojej. Stereotypy i głęboko zakorzeniony strach w kulturze europejskiej sprawiają, że Romowie są grupą wykluczoną. Jednak poprzez silne odróżnienie siebie od obcego, Cyganie sami się odgradzają od innych społeczeństw. Wciąż jeszcze szukają swojego miejsca w świecie, w którym została im odebrana ich najważniejsza tradycja kulturowa – możliwość podróżowania i poczucie wolności.

autor: Agnieszka Rzewuska

zdjęcie: stockvault.net

scroll back to top

Lemonowo – koncertowo!

21 marca 2014 odbył się niesamowity koncert jednego z najpopularniejszych polskich zespołów rockowych – Lemon. Zgromadzona publiczność pod Zamkiem Królewskim na Starym Mieście czekała ponad dwie godziny na swojego ulubieńca.

Długo zastanawiałam się, czy iść na ich koncert, ponieważ słyszałam tylko dwie piosenki zespołu: „Litaj ptaszko” i „Napraw”. Jednak poszłam i nie żałuję. Niektóre piosenki śpiewaliśmy wszyscy razem. „I ty, i ja, potrzeba nam wolności w biegu naszych ciał” – jedna z części naszej wspaniałej zabawy. Śpiewane były nie tylko polskie, ale również łemkowskie utwory, np. interpretacja piosenki „Bez boju”, którą zespół zachęcał wszystkich Polaków do wsparcia Ukrainy. Spodobała mi się również solowa interpretacja na skrzypce, bardzo znanej w Ukrainie (i nie tylko) piosenki: „Na górze paliła się świeca”, wykonywana przez Andrzeja Olejnika. Podczas słuchania utworu dostałam gęsiej skórki.

Nie żałuję, że poszłam na ich koncert, bo wyniosłam z niego tyle pozytywnych emocji i energii, że jeszcze długi czas po nim byłam pod ogromnym wrażeniem. W ten niezwykły wieczór zapoznałam się z fanami Lemona - wspaniałymi ludźmi, którzy zachwycają się twórczością tej rockowej grupy. Dzięki nim dowiedziałam się wielu ciekawych informacji, m.in. tego, że Igor jest łemkowskiego pochodzenia, i bardzo dobrze mówi po ukraińsku, a jego marzeniem jest spotkać się z głównym artystą Okeana Elzy – światosławem Wakarczuko, oraz że Andrzej Olejnik – skrzypek, ma ukraińskie korzenie.

Myślałam, że Igor, tak jak niektórzy wokaliści, nie będzie długo rozmawiał z fanami, albo w ogóle nie wyjdzie, ale było inaczej. Udało mi się nawet zamienić z nim kilka słów. Kiedy podeszłam do wokalisty, żeby zrobić zdjęcie, przywitałam go i podziękowałam za wspaniałą muzykę, a potem dodałam po ukraińsku: „Wam prywit z Ukrainy”. Dalej rozmawialiśmy już tylko w języku ukraińskim. Ku mojemu zdziwieniu to on zadawał więcej pytań mnie, niż ja jemu. Niestety nie miał jeszcze koncertu na Ukrainie, ale planuje zagrać tam w przyszłości. Zapytałam również, czy miał już okazję spotkać się ze Wakarczuko. Odpowiedział, że chciałby się z nim spotkać i porozmawiać trochę o muzyce, jednak nie miał jeszcze ku temu okazji. Porozmawialiśmy jeszcze trochę i rozeszliśmy się, bo zespół musiał pakować walizki do Łodzi.

Jeżeli chodzi o koncert, jestem pod ogromnym wrażeniem. Jednak dostrzegam jeden minus: dla takiej energii, takich szczerych emocji, jakie przekazywał nam Lemon, scena była zbyt mała. Na przyszłość chciałabym życzyć Lemonowi natchnienia w poszukiwaniu nowych tematów do piosenek, powodzenia w tworzeniu cudownych utworów, i oczywiście spełnienia jego głównego marzenia!

autor: Karina Nester

zdjęcie: archiwum prywatne - Karina Nester

scroll back to top

Żartus - absurdus

Pierwszego kwietnia można usłyszeć wiele rzeczy, np. że ma się rozwiązane sznurówki lub plamę na koszulce. I nawet jeśli damy się na to nabrać, nie musimy wstydzić się łatwowierności. Zaplamiona koszulka jest prawdopodobniejsza niż makaronowe krzewy. A i taka historia miała miejsce.

W 1957 roku BBC podało informację, że zbiory spaghetti są udane. W wyemitowanym materiale pokazywano, jak szwajcarscy farmerzy zbierają nitki makaronu z krzewów, jeszcze tego samego dnia BBC otrzymało tysiące listów i telefonów z pytaniem, gdzie można kupić takie rośliny.

Nie był to jedyny przypadek absurdalnego primaaprilisowego żartu. W 1998 roku Burger King wypuścił reklamę nowego produktu – burgera dla leworęcznych. Wszystkie składniki miały zostać obrócone o 180 stopni, sprawiając tym samym, że kanapka minimalnie przechyla się w lewo. I ponownie, ilość zamówień można liczyć w tysiącach.

Znanym przypadkiem wkręcenia widzów jest też jowiszowo-plutonowy efekt grawitacyjny, będący kolejnym pomysłem BBC. W 1976 roku astronom i prezenter Patrick Moor oznajmił, że specyficzna koniunkcja Plutona i Jowisza osłabi grawitację ziemską. W efekcie każdy, kto o określonej porze podskoczy, uniesie się wyżej, niż było to do tej pory możliwe. Setki widzów zaobserwowały ten efekt, a jedna kobieta nawet zadzwoniła do stacji, by poinformować, że wraz ze znajomymi uniosła się z krzeseł i przez chwilę latała po pokoju.

W 2000 roku niemiecki dziennik Westdeutsche Zeitung zamieścił artykuł dotyczący nowego prawa. Na terenie całych Niemiec miał zostać wprowadzony zakaz barwienia budynków na czerwono. Podobno kolor ten odstraszał pszczoły, które z kolei są bardzo istotne dla ekosystemu. Żart dość szybko został wyjaśniony, ale i tak można było zobaczyć posła Witziana, który opowiadał się za bezdyskusyjnym ratowaniem pszczół.

Z kolei w 2002 roku sieć supermarketów Tesco ogłosiła, że w sprzedaży znajdują się nowe, genetycznie zmodyfikowane marchewki. Miały one gwizdać jak czajnik, gdy będą ugotowane.

Zresztą, to tylko drobny wycinek tego, co działo się na przestrzeni lat. Co roku 1 kwietnia wszelkie mass media prześcigają się w wymyślaniu historii: o znalezionym ciele potwora z Loch Ness, zakazie surfowania po internecie w stanie wskazującym, czy zmianie wartości liczby Pi w stanie Alabama. Wszystkie łączy jedno – ktoś w nie uwierzył, mimo absurdalności.

A ponieważ mowa o prima aprilis, jedna z opisanych tu historii jest wyssana z palca. Spróbujcie zgadnąć która.

autor: Agnieszka Rzewuska

zdjęcie: http://m.wm.pl/2012/04/n/prima-aprilis-2011-zarty-na-prima-aprilis-kawaly-97312.jpg

scroll back to top

Książka – przyjaciel, czy wróg?

Wolę pójść do kina. Nie mam na to czasu. Bolą mnie oczy od patrzenia na te literki no i właściwie nie chce mi się. To tylko niektóre tłumaczenia osób, które nie czytają i unikają kontaktu z książką.

Stare, z pożółkłym papierem, oślimi uszami, w oprawie twardej i miękkiej, ale i te nowe - pachnące jeszcze farbą drukarską, leżą na półkach bibliotek i księgarń. Może zaczynają razić prądem potencjalnego czytelnika, bo niestety z roku na rok sięga po nie coraz mniej osób. Wystarczy chwilę poszukać, aby znaleźć raport Biblioteki Narodowej za rok 2012 (nie ma jeszcze za 2013; może i dobrze, bo jest duża szansa, że unikniemy rwania włosów z głów po kolejnych, prawdopodobnie gorszych, wynikach).

A teraz przygotuj się na wstrząs. Uwaga! Gotowy? No to czas na chwilę prawdy. Według przeprowadzonych badań ok. 60% Polaków w 2012 roku nie przeczytało nawet jednej książki. Natomiast stałych czytelników było raptem 11%. Nasuwa się tylko jeden wniosek: nie jest dobrze, bo czytamy coraz mniej.

Na szczęście słowo pisane towarzyszy nam w życiu codziennym. Co więcej, każdego dnia widzimy kogoś w pociągu, autobusie, tramwaju, czy też na ławeczce w parku z książką w dłoni. Coraz więcej osób zamienia tradycyjne lektury na ich odpowiedniki w wersji elektronicznej, które są lżejsze i zajmują mniej miejsca np. w torebce. Technika idzie do przodu, a wraz z nią formy słowa pisanego. Jednak nieważne w jakie postaci - czy to elektronicznej, czy też papierowej – to właśnie książka zabiera nas w niezwykłe miejsca, pozwalając przeżyć nam niezapomniane przygody rozgrywające się w naszej wyobraźni wraz z bohaterami. Jest dokładnie tak, jak napisał Arturo Pérez-Reverte w „Królowej Południa” : (…)Książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę (...) Dzięki nim uczysz się, mądrzejesz, podróżujesz, marzysz, wyobrażasz sobie, przeżywasz losy innych, swoje życie mnożysz razy tysiąc. Ciekawe, czy ktoś da ci więcej za tak niewiele…

Jednak jeżeli nie wierzysz w te słowa i nadal uważasz, że czytanie jest marnowaniem cennego czasu, albo że jest nudne, powinieneś tym bardziej wziąć jakąś do ręki. Przeprowadź eksperyment i sprawdź czy od książek można się uzależnić. Przyjmiesz wyzwanie?

autor: Paulina Karpińska

zdjęcie: vecto2000.com

scroll back to top

Muzyka poważna naszych czasów

Muzyka filmowa coraz częściej zajmuje wysokie pozycje na światowych listach przebojów. Jej twórcy są nieraz porównywani do takich wirtuozów jak Beethoven, Wagner czy Bach, a ich sława wciąż rośnie. Czy muzyka poważna została wyparta przez tą filmową i jest już reliktem minionych dni?

 

Świat się zmienia, ale potrzeba kultury jest niezmienna; zwłaszcza, gdy mówimy o muzyce, która towarzyszy rozwojowi ludzkiej cywilizacji od najdawniejszych czasów. Zaczęło się od prymitywnych instrumentów w okresie przedpiśmiennym. W klasycyzmie, skrzypce Antonio Stradivariego stały się symbolem doskonałej sztuki lutniczej, a słynni skrzypkowie wydawali majątki, by je kupić. Palmę pierwszeństwa w muzyce współczesnej przejęły gitara, pianino i perkusja, a skrzypce są uważane obecnie za coś ekskluzywnego, wykorzystywanego głównie przez wykonawców muzyki poważnej. Czasem używają ich także zespoły nurtu rozrywkowego, ale dziś, o ich popularyzację walczą głównie twórcy muzyki filmowej, która zyskuje na popularności, podbijając serca słuchaczy na całym świecie.

Udźwiękowienie filmów pojawiło się już w czasie kina niemego, choć oczywiście w innej niż obecnie formie; zatrudniano wtedy instrumentalistów, którzy grali na żywo w czasie seansu. Zazwyczaj były to kompozycje, które powstały dużo wcześniej, lecz z czasem, coraz częściej tworzono je na potrzeby konkretnego filmu. Muzyka filmowa nie jest zaliczana do muzyki poważnej, choć ma z nią wiele podobieństw. Oczywistą różnicą jest fakt, że ta pierwsza, jest uzupełnieniem obrazu kinowego, natomiast druga samodzielnie funkcjonującym widowiskiem.

W 1937 roku w magazynie New York Times napisano, że muzyka filmowa jest „najbardziej niewdzięcznym zajęciem w Hollywood”. Nie spodziewano się jeszcze wtedy, że udźwiękowienie filmu będzie kiedyś tak istotnym punktem każdej kinowej produkcji. Soundtracki z filmów takich jak Requiem dla snu, Władca pierścieni czy Piraci z Karaibów dowodzą, że utwory, które miały być zaledwie „uzupełnieniem”, mogą stać się prawdziwą sztuką.

A co z muzyką klasyczną? Wydaje się, że została wyparta przez muzykę rozrywkową, ale trzeba zadać sobie jedno pytanie: Czy dobrym utworem nazwiemy hit lata, czy hit na lata? Wniosek jest całkiem oczywisty: muzyka poważna jest ciągle żywa!

autor: Łukasz Szczęsny

zdjęcie: gadzetomania.pl

 

scroll back to top

14 lutego – dniem Świętego Walentego

Walentynki, czyli święto zakochanych, przypada w zimowy dzień, 14 lutego. Mówi się, że tego dnia topnieje nawet najgrubszy „lód w sercach”. To za sprawą par, które szczególnie wtedy obdarowują się kwiatami, lizakami i misiami. Dzień Świętego Walentego na dobre zagościł w naszym kraju, ale czy wszyscy są zwolennikami tego święta?

Na kilka dni przed Walentynkami w sklepach pojawiają się soczyście czerwone serca, urocze misie, a na ulicach sprzedawcy lizaków. Przechodzisz obok i nie wiesz, czy dlatego, że tak wpływa na ludzi miłość, czy może jednak jest to zwykła żądza pieniądza? Niegdyś skupiano się na tym, by wysłać ukochanej osobie w tym dniu list z wyznaniem miłosnym, najlepiej napisanym wierszem. Dziś patrzysz na świat i masz wrażenie, że sam list może nie wystarczyć.

Patronem zakochanych jest św. Walenty, biskup kościoła katolickiego, który według legendy, za czasów cesarza rzymskiego Klaudiusza II udzielał potajemnie ślubów zakochanym. Robił to wbrew cesarskiemu edyktowi, za co został stracony w 270 roku. Świętem tym możemy cieszyć się od XIV wieku, kiedy to na Wyspach Brytyjskich narodził się zwyczaj łączenia go z dniem zakochanych. Dzięki temu o Walentynkach możemy przeczytać nawet w „Hamlecie” Szekspira, kiedy Ofelia mówi: „Dzień dobry, dziś święty Walenty, dopiero co świtać poczyna, młodzieniec snem leży ujęty, a hoża doń puka dziewczyna”. Do Polski obchody walentynkowe przybyły znacznie później, bo dopiero w latach 90. XX wieku. Choć zapożyczyliśmy ten zwyczaj z kultury francuskiej i krajów anglosaskich, to nie jest on naszym jedynym dniem zakochanych. Możemy pochwalić się Nocą Kupały, inaczej zwaną Sobótką, przypadającą w nocy z 21 na 22 czerwca.

Zatem dlaczego nie obchodzimy tylko jednego święta? Czy pochłonął nas wir mody nadchodzącej zza oceanu? Być może, ale kartki, serduszka i maskotki sprawiają, że nie potrafimy obojętnie przejść obok, nie patrząc na nie chociaż raz. Nie możemy zarzucić, że w tym dniu sprzedawcy chcą nas naciągnąć, bo nikt nie zmusza nas do wykupienia całego sklepu. Nie możemy także nikogo zmusić do świętowania. Dzień zakochanych nie jest specjalnie uwielbiany przez singli. Uważają, że jest celebracją „tyranii bycia w związku” i jednocześnie piętnowaniem osób żyjących w pojedynkę.

Pewnie myślisz, że jest w tym trochę racji, ale twórcy tego święta nie mieli zamiaru dyskryminować osób samotnych. Wówczas ważne było wysłanie kartek walentynkowych. Niezależnie od tego, czy wysłano je dla żartu, czy też by wyznać ukochanej osobie uczucie, nadawca musiał pozostać anonimowy. Wtedy nikt się nie obrażał. Zupełnie tak jak wtedy, kiedy byłeś dzieckiem i ukradkiem przed sympatią wrzucałeś kartkę do skrzynki „walentynkowej poczty”, dumnie prezentującej się na szkolnym korytarzu. Chwilę później obserwowałeś, jak obdarowana osoba oblewa się rumieńcem. Może i dziś warto powrócić na chwilę do szkolnych lat i sprawić by druga połówka zarumieniła się na widok Walentynki – kartki, maskotki, kwiatka czy lizaczka? Spraw chwilę radości Wam obojgu, pomimo że uczuciem darzycie się codziennie, wykorzystajcie sprzyjającą aurę i ten dzień spędźcie wyjątkowo.

Szczęśliwych Walentynek!

autor: Katarzyna Kaniecka

korekta: Danuta Mucha-Orlińska

zdjęcie: wspolczesna.pl


scroll back to top

Witajcie w naszej bajce...

W styczniu mija 31 lat od premiery filmu Akademia Pana Kleksa w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego. Postać baśniowego profesora oraz jego podopiecznych wciąż fascynuje i zadziwia. Zaklęcia, czary, magia – co sprawia, że szkolna opowieść z książki Jana Brzechwy wciąż cieszy się niesłabnącą popularnością?

Każda epoka ma swoich bohaterów. Niektórym stawiamy okazałe pomniki, innym śpiewamy głośne pieśni. Przemijający czas burzy kamienne posągi. Wielkość osobistości można często podważyć, skrytykować czy też  koloryzować barwami aktualnych trendów. Istnieją jednak postacie magiczne, bowiem wieczne, odporne na działanie czasu i zmianę przekonań. Takiego bohatera udało się wykreować Janowi Brzechwie w 1946 roku. Akademia Pana Kleksa okazała się kluczem do skarbca wyobraźni czytelników. Tytułowa postać stanowi alternatywę tradycyjnego pedagoga. Ambroży Kleks wyróżnia się umiejętnością unoszenia w powietrzu, zna myśli swoich uczniów, a na obiad zajada się kolorowymi motylami. Uczy, bawi, wymaga – tak najprościej możemy scharakteryzować jego poczynania. Uczniowie dostrzegają w nim autorytet i nieomylny wzór postępowań. W zajęciach akademii uczestniczą chłopcy o imieniu rozpoczynającym się na literę A. Dzieci uczą się przedmiotów nieznanych w obrębie murów tradycyjnej szkoły. Zajęcia kleksografii, leczenie chorych sprzętów czy kulinarno-wokalne ekscesy to jedne z wielu metod pedagogicznych. Dzień rozpoczyna się punktualnie o piątej, celebrowany jest prysznicem, z którego leci woda z dodatkiem soku. Po  orzeźwiającym poranku następuje  prezentacja snów, które odbijają się w specjalnych lustrach. Magia obecna jest na każdym kroku edukacyjnej wędrówki. Zamiast ocen, uczniowie zostają wyróżnieni kolorowymi piegami. Wygląd samego budynku szkoły również daleki jest od tradycyjnych wzorców oświatowych. Majestatyczny, trzypiętrowy pałac, otoczony ogromnym ogrodem, roztacza aurę tajemniczości.

Świat akademii podobnie, jak dziecięca wyobraźnia jest nieograniczony. Pan Kleks nieustannie intryguje i ciekawi. Magia optymizmu i radości przenosi czytelnika w nieznane zakątki krainy fantazji. Każdy, choć na moment pragnie uciec od szarości świata, norm i zastanych zasad. Beztroska i zabawa wpisana w epokę dzieciństwa to skarby, które tracimy bezpowrotnie. Uniwersalność treści zawartych w powieści Brzechwy sprawdza się w każdym okresie życia. Jako dzieci pragnęliśmy przeżyć przygody Adasia Niezgódki, jako dorośli szukamy czaru pocztówki z przeszłości. Sny i marzenia odporne są na technologiczne zdobycze, których termin przydatności szybko przemija. Magia jest wieczna. Czary i zaklęcia nie znają pojęć upływających godzin czy lat. Brzechwa celowo nie ograniczył życia akademii do konkretnego przedziału czasowego. Nie wiemy czy przygody podopiecznych pana Kleksa rozgrywają się w odległej przeszłości, czy być może stanowią przepowiednię nadchodzących wydarzeń. Autor pozostawiając nam możliwość odpowiedzi na takie pytania, zbudował dzieło nieśmiertelne.

Dowolność interpretacji oraz bogactwo treści pozwoliły adaptować powieść do realiów kina i teatru. Spektakle, filmy poszerzają horyzonty naszej fantazji. Myśli zderzają się z realnym obrazem. Dzieło w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego z 1983 to plastyczna wizja magii baśni Jana Brzechwy. Doskonała kreacja Piotra Fronczewskiego wcielającego się w rolę Pana Kleksa, to symbol bohatera dzieciństwa. Długa broda, barwne piegi oraz kolorowy frak wiernie charakteryzują postać bajkowego pedagoga.

Wizja Akademii Pana Kleksa przedstawiona w ramach Projektu Teatr Warszawa to współczesne spojrzenie na temat baśniowego profesora. Spektakl zbudowany w formie musicalu skierowany jest głównie do przedszkolaków. Dorośli odnajdą w nim jednak wspomnienie lat dziecięcych. W rolę tytułowego nauczyciela wciela się Stanisław Banasiuk, który w towarzystwie m.in. Doroty Gorjainow i Olgi Miłaszewskiej przenosi nas w świat  akademii z ulicy Czekoladowej. Aranżacją muzyczną, która stanowi nieodłączny elementem szkoły Pana Kleksa, zajął się Jury Fedorov. Artyści zgodnie przyznają, że trud włożony w przygotowanie spektaklu nagradzają dziecięce uśmiechy. Sześcioletnia publiczność przejęta aktorskim wydarzeniem pytała nawet, czy teatr to prawdziwe życie. Sceniczna sztuka, jako jedyna posiada przywilej bezpośredniej relacji widz – artysta. To doskonały sprawdzian dla atrakcyjności i kunsztu dzieła. Dziecięca szczerość jest bowiem najtrudniejszym egzaminatorem. Sztuka nagrodzona owacją publiczności, stanowi dla artystów bezcenną nagrodę.

Gdyby każda szkoła funkcjonowała na wzór Akademii Pana Kleksa, wagary stałyby się archaizmem. Zaczarowany świat dziecięcej wyobraźni przepełniony jest radością i szczęściem. Niezależnie od wieku ulegamy pokusie marzeń. To właśnie świat fantazji okazuje się medykamentem na smutki i skrywane pragnienia. Śnimy każdej nocy, niezależnie od wieku i epoki. Pan Kleks to bez wątpienia wielopokoleniowy bohater. Wskrzeszany w teatralnych spektaklach wciąż zdobywa nowe grono odbiorców. Legenda trwa...

autor: Szymon Kubiak

korekta: Danuta Mucha-Orlińska

zdjęcie: blogspot.com

scroll back to top

Kultura (braku) komunikacji w XXI wieku

Wydawałoby się, że termin „kultura komunikacji” nie wymaga większego tłumaczenia. Gdyby zarzucić przeciętnemu obywatelowi, że nie wie, co oznacza słowo „kultura” lub „komunikacja”, prawdopodobnie by się obraził. Gdyby jednak zapytać o definicję tych wyrazów, mógłby zdać sobie wówczas sprawę ze swojej niewiedzy.

Rozwój komunikacji XXI wieku sprawił, że zaczęliśmy zatracać poczucie tożsamości i bliskości. Wystarczy przypomnieć sobie, jak jeszcze nasi dziadkowie wysyłali sobie lisy miłosne. Na takie wiadomości czekało się nieraz tygodniami, a satysfakcja z otrzymania ich była nieporównywalna z niczym innym. Dzisiaj rozłąka nie jest żadnym problemem. Skype, telefon komórkowy czy niezwykle popularne komunikatory gadu-gadu sprawiają, że człowiek zaczyna się czuć jakby był poza czasem i przestrzenią. Wiadomości docierają do adresata niemal w tym samym momencie, w którym je wysyłamy. Jest to oczywiście gigantyczne ułatwienie, bez którego obecnie nie możemy się obejść. Każda zmiana niesie jednak ze sobą określone skutki. Coś znika, a na to miejsce pojawia się coś innego. Nie zawsze lepszego... Jak często słyszymy o tym, że chłopak zerwał ze swoją dziewczyną w SMS-ie? Jak często słyszymy o maniakach – przepraszam – entuzjastach gier online, którzy przedkładają internetowe znajomości ponad ludzi, którzy są w pobliżu? I wreszcie, jak często zdarza się nam samym utknąć w tej komunikacyjnej sieci?

W XXI wieku doszło do komunikacyjnej rewolucji. Dzięki rozpowszechnieniu się na niewyobrażalną wcześniej skalę Internetu, telewizji, prasy czy radia, możemy nieraz odnieść wrażenie, że jesteśmy ekspertami we wszystkich dziedzinach, ale to tylko złudna zasłona stworzona na potrzeby świata niedopowiedzeń i manipulacji, w którym próbują nas zamknąć media. Środki masowego przekazu są doskonale zaznajomione ze sztuką pozyskiwania popularności. Nieraz nie liczy się treść artykułu, ale jego oglądalność.

„Dobre” już nie równa się „lepsze”. „Lepsze” w obecnych czasach jest to, o czym będzie się dużo mówić. Na pierwszym miejscu są morderstwa, sex-afery na najwyższych szczeblach władzy i różnego rodzaju katastrofy, ale oczywiście tylko te w „ucywilizowanych” państwach. Nikt nie próbuje zagłębiać się w sytuację „trzeciego świata”. Wszyscy wiedzą, że jest tam „źle”. Wszyscy wiedzą, że w poszczególnych miejscach na ziemi trwa wojna. Media głoszące wolność słowa, poprzez zalewanie nas informacyjnym bełkotem, tworzą tematy tabu. Nikt nie chce rozmawiać o umierających na ulicach w środku miasta dzieciach. Nie dzieje się to tylko o państwach afrykańskich. Takie precedensy mają miejsce także choćby i w Polsce, ale media o tym milczą, ponieważ przeciętni ludzie nie lubią słuchać o takich sprawach.

Internet niezaprzeczalnie jest obecnie największym komunikacyjnym osiągnięciem ludzkości. Popularność globalnej sieci jest tak ogromna, ponieważ można dowiedzieć się w niej wszystkiego i wypowiedzieć się o wszystkim. Dodatkowo, niezwykle kusząca jest anonimowość i wiążący się z nią brak konsekwencji za swoje słowa. Nieraz nawet telewizja czy prasa, powołując się na informacje zebrane na forum z jakiejś strony internetowej, wyciąga wnioski i przedstawia nam opinie internautów. Robi tak, ponieważ w sieci są wyrażane poglądy ludzi, którzy zazwyczaj milczą. Milczą nie z powodu, że nie mają nic do powiedzenia, ale ze strachu przed wyśmianiem, ze strachu przed konsekwencjami.

Rozwój komunikacji powinien wiązać ze sobą ludzi, a nie odsuwać ich od siebie, jednakże samotność staje się coraz większym problemem XXI wieku. Przed powstaniem pierwszych telefonów i telegrafów, które okazały się być wielkim przełomem w dziedzinie komunikacji, ludzie trzymali się razem, ponieważ wiedzieli, że wyjazd gdzieś daleko będzie skutkował całkowitą utratą kontaktów. Teraz mamy możliwości, aby za pośrednictwem internetu czy telefonu porozmawiać z kimś oddalonym od nas o tysiące kilometrów. Jednakże rozmowa telefoniczna z osobą, która siedzi w pokoju obok, jest już na porządku dziennym. Także same rozmowy ulegają zmianie. Biorąc przykład z mediów, odnajdujemy zastępcze tematy, kompletnie ignorując i spychając do podświadomości te ważne sprawy. Nie rozmawiamy już o sobie nawzajem, ale o celebrytach, morderstwie z wczorajszych wiadomości w telewizji i nowej diecie ogórkowej z kolorowego czasopisma. Coraz nowsze formy komunikacji zastępują nam spotkania „twarzą w twarz”. Łatwiej i wygodniej jest załatwić sprawę telefonicznie lub przez Facebooka.

Żyjemy w czasach, w których komunikacja stoi od strony technicznej na poziomie, o jakim sto lat temu nie można było nawet marzyć. Ten rozwój sprawił jednak, że bliskie więzi zaczynają się degradować i tu rodzi się pytanie: Czy było warto tracić bliskość międzyludzką, dla bliskości w sieci?

autor: Łukasz Szczęsny

korekta: Danuta Mucha-Orlińska

zdjęcie: pracowniasukcesu.com

scroll back to top

Metal – oto moja religia!

Heavy metal jest dla nich wszystkim. Otaczają go kultem, a muzyków traktują jak bóstwa. Ich ubiór może być w kolorze czarnym albo w głębokiej czerni. Włosy mają długie. Ewentualnie bardzo długie. Ich poglądy wahają się między satanizmem a chrześcijaństwem. Oto metalowcy w pełnej okazałości!

Heavy metal wyodrębnił się z rock'n'rolla pod koniec lat 60. XX wieku. Swoje pierwsze kroki stawiał w Stanach Zjednoczonych oraz w Wielkiej Brytanii, by później podbić cały świat. Do polski dotarł dwadzieścia lat później. Okres największej popularności metalu w naszym kraju przypada na lata 1986-1989, a to za sprawą „Metalomanii”, pierwszego festiwalu muzyki metalowej zorganizowanego w Katowickim Spodku, właśnie w 1986 roku.

Najbardziej charakterystycznymi cechami heavy metalu, są przede wszystkim mocno przesterowane gitary elektryczne i ostro bita perkusja, które doprowadzają fanów ciężkiego brzmienia do euforii. W porównaniu z klasycznym rock'n'rollem, śpiew wokalistów także uległ istotniej zmianie. Pojawiły się bowiem dźwięki, które wcześniej były uznawane za nieprzyjemne dla uszu lub przynajmniej za nieestetyczne. Słuchając death metalu, możemy nieraz usłyszeć tzw. „growl”, czyli niezwykle niski, gardłowy śpiew, a w black metalu wokaliści używają także przerażających wrzasków. Oba style głosowe zyskały niezwykłą popularność wśród fanów. Charakterystyczne, ostre brzmienie metalu jest obecnie znane na całym świecie, choć ma ono wielu przeciwników, którzy uważają je za prymitywne.

Metalowcy nie są subkulturą o ujednoliconych poglądach. Możemy spotkać wśród nich zarówno lewicowców jak i prawicowców, zagorzałych katolików, a także nawet popleczników szatana. Głównie przez to ostatnie wyznanie, fani heavy metalu są często postrzegani przez społeczeństwo jako matecznik nieprawości i bezbożności. Mimo rozbieżnych wyznań, w centrum życia każdego metalowca stoi jednak właśnie muzyka. Koncerty są dla nich wydarzeniem niemalże sakralnym. Żaden szanujący się metalowiec nie opuści występu ulubionego zespołu.

Większość metalowców utożsamia się ze swoją subkulturą poprzez kupowanie oryginalnych płyt metalowych oraz  noszenie na co dzień czarnych ubrań, najczęściej z logo i naszywkami ulubionego zespołu. Koniecznie czarnych. Zazwyczaj są to wąskie dżinsy i skórzane, często ćwiekowane kurtki. Uzupełnieniem kompletu są  (czarne) glany na nogach, nazywane przez  pokolenie starszych metalowców „butami ortopedycznymi”. Jest to przesadnie męski wizerunek, który zapoczątkował w 1978 roku wokalista „Judas Priest” Rob Halford. Do dziś jest on jednym z najbardziej charakterystycznych wyróżników subkultury. Prawdziwy metalowiec ma zazwyczaj bardzo długie włosy. Czasem zdarza się także, że do kreowania wizerunku zostaje wykorzystany agresywny makijaż, stylizowany na zespole „Kiss”, ale na taki zabieg pozwalają sobie głównie muzycy.

Kim jest metalowiec? Jest pasjonatem muzyki, która prowadzi go przez życie. Słucha metalu. Szanuje metal. Kocha metal. Często pada ofiarą oskarżeń o satanizm, ale cytując Bruce'a Dickinsona z zespołu „Iron Maiden”: „Gram heavy metal od trzydziestu lat, a jedynym satanistą którego spotkałem, był mój księgowy”, można powiedzieć, że są to często nietrafione zarzuty.

Metalowiec jest po prostu wyznawcą kultu heavy metalu.

autor: Łukasz Szczęsny

korekta: Danuta Mucha-Orlińska

zdjęcie: subcultureslist.com

scroll back to top

Punkowiec, czyli buntownik

Pierwsi zwolennicy punku są już w podeszłym wieku, lecz część z nich ciągle krzewi u młodego pokolenia swą ideologię. Wielobarwny irokez, skórzane, podarte kurtki i nieprzestrzeganie jakichkolwiek zasad zdaje się już być reliktem minionego wieku, lecz czy na pewno? Punk umarł, czy po prostu leży pijany gdzieś w rowie, czekając na lepsze czasy?

Ideologia punk narodziła się w połowie lat 70. XX wieku. Głosiła sprzeciw wobec wszystkiemu, co społeczeństwo akceptowało i respektowało, a więc wobec rządu, prawa, pracy czy nawet mody i muzyki popularnej. Właściwie pierwszą ideologią punku, był brak jakiejkolwiek ideologii. Z czasem, brak zasad stał się zasadą, natomiast kultura społeczna zyskała najwierniejszą obok anarchistów kontrkulturę. Ruch punkowy głosił wolność absolutną. Chciał oderwać się od wszelkich instytucji, które w jakikolwiek sposób ograniczały swobodę.

W związku z częstym podejmowaniem przez punkowców ideologii anarchistycznej, punk stał się „wrogiem numer jeden” rządów państw, ich organów ścigania oraz masowych mediów.  Promowano wizerunek punkowca-kryminalisty, czyli człowieka, z którym przeciętny obywatel nie powinien mieć nic wspólnego. Widok grupki nastolatków w obdartych, skórzanych kurtkach z wielobarwnymi irokezami na głowach zmuszał ludzi do przejścia na drugą stronę ulicy, a nawet zmiany kierunku poruszania. Społeczeństwo bało się punków i ich buntowniczego nastawienia do świata.

Każdy szanujący się punk dba o swój wygląd, który jest zarazem głównym wyróżnikiem  tej subkultury. Za punkt honoru obiera  więc  posiadanie na głowie irokeza, będącego często niemalże dziełem sztuki. Punkowcy prześcigają się w coraz to bardziej oryginalnych i nieprawdopodobnych kolorach oraz kształtach fryzury, która wywodzi się z plemienia Irokezów, zamieszkujących tereny ameryki północnej. Dla punka ubranie prosto z taśmy produkcyjnej musiało zostać rozprute, bo społeczeństwo nosiło je w sposób przewidziany przez producenta – a na to prawdziwy punkowiec nie mógł sobie pozwolić. Dodatkowo ozdabiano je metalowymi ćwiekami oraz łańcuchami. Zdarzało się także, że punkowiec wypisywał na skórzanej kurtce nihilistyczne hasła typu: „No hope” lub „No future”. Ostatnim elementem ubioru były buty „glany”. Taka mieszanka sprawiała, że matki zasłaniały swoim dzieciom oczy, gdy tylko taki osobnik pojawiał się w polu widzenia.

Punk zyskał ogromną popularność dzięki rozpowszechniającej się na cały świat muzyki punkrockowej. W swoim brzmieniu przypomina pierwotny, dobry rock'n'roll, ale widoczne są także zapożyczenia z reggae i ska. Punk jest prosty i zrozumiały, bo taki był jego cel. Piosenki mają na celu prowokować, ale także poruszać tematy zarówno subtelne, jak miłość czy drażliwe, jak polityka. Najbardziej znanymi punkrockowymi zespołami są takie grupy jak na przykład Ramones, Sex Pistols czy Green Day. Muzycy występujący w tych zespołach nie tylko grali czy ciągle grają muzykę punkową, ale są także swoistymi wzorami do naśladowania przez wszystkich punkowców. To właśnie oni tworzą nowe trendy w tej subkulturze, choć sami trendom się sprzeciwiają. Czym więc jest  punk według punkrockowców? Billy Joe Armstrong, znany przede wszystkim jako lider punkrockowego zespołu „Green Day”, określił punk w wywiadzie dla pisarza Matta Doedona w ten sposób: „Podchodzi do mnie koleś i pyta: „Czym jest punk?”. Więc ja kopię śmietnik i mówię: „To jest punk!”. On kopie śmietnik i pyta: „To jest punk?”, a ja odpowiadam: „Nie, to jest trendy!”

Punk to nie tylko muzyka. Punk jest potrzebą sprzeciwu wobec wszelkim formom zniewolenia. Jest sprzeciwem wobec społeczeństwa i jego zasadom. Mówi się, że punk umarł lub już umiera. Możliwe jednak, że czeka na swoje odrodzenie w czasach pozbawionych wolności. Możliwe, że czeka na czas, w którym będzie lekarstwem na tyranię i zepsucie rządzących...

autor: Łukasz Szczęsny, student II WWSH

korekta: Danuta Mucha-Orlińska, Studentka III roku WWSH

zdjęcie: koszulker.pl

scroll back to top

Dzień Babci i Dziadka

Tradycyjnie jak co roku, 21 i 22 stycznia obchodzić będziemy Dzień Babci i Dziadka. Laurki przedszkolnych artystów, uroczyste apele, jak również słodycz bombonierek trwale wpisały się w pejzaż nadchodzących wydarzeń.

Choć trudno sobie dziś to wyobrazić, idea Dnia Babci zrodziła się na deskach teatru. W styczniu 1964 roku, w Poznaniu, swój artystyczny jubileusz świętowała Mieczysława Ćwiklińska. 85 letnia aktorka odegrała rolę babci w sztuce Drzewa umierają stojąc. Kunszt gry został nagrodzony brawami, a osłodą trudu przygotowań stał się tort z napisem Dla babci. Wydarzenie kulturalne zostało udokumentowane przez dziennikarzy Expressu Poznańskiego, a szlachetność gestu zrodziła pomysł styczniowego święta. Rolę seniora uroczyście doceniono dopiero w 1981 roku, ustanawiając 22 stycznia Dniem Dziadka.

W opinii wielu psychologów panuje przekonanie, że rodzice zajmują się wychowaniem, a dziadkowie rozpieszczaniem. Bezgraniczna miłość pozbawiona jest bowiem ciężaru odpowiedzialności. Babcia i dziadek to postacie nieskazitelnie dobre i szanowane. Bohaterowie dzieciństwa stronią bowiem od krytyki, nie wprowadzają zakazów czy przymusów. Dają wnukom to, czego sami nie zdołali przekazać swoim dzieciom. Seniorzy obdarzeni bagażem doświadczeń stanowią skarbnicę wiedzy. Tworzą poczucie dobra, ciepła i zrozumienia. Dla osób skonfliktowanych z rodzicami są oazą życiowej mądrości. Dziadkowie opowiadają nam pamiętne historie i wydarzenia, przekazują obraz tradycji i kultury. Poznając dzieje rodziny, budujemy własną tożsamość i postawy. Seniorzy natomiast czują się potrzebni i ważni w życiu nowego pokolenia.

Dynamizm życia zatraca jednak wiele stereotypów. Widok babci siedzącej w wielkim fotelu i pochłoniętej szydełkowaniem należy już do rzadkości. Dom dziadków to już nie tylko darmowe i wygodne przedszkole. Seniorzy pragną poszerzać własne horyzonty. Chętnie uczestniczą w zajęciach Uniwersytetu Trzeciego Wieku, uprawiają sporty, podróżują. Wolni od zawodowych obowiązków realizują marzenia przeszłości. Świadomi własnej wartości wyznaczają sobie nowe cele. Świat elektroniki nie stanowi już dla nich tematu tabu. Co więcej, naukowcy dostosowują swoje wyroby do potrzeb i możliwości osób starszych. W szafach emerytek coraz częściej goszczą sportowe adidasy, zastępując staromodne chusty i fartuchy. Plotkowanie, zamiast przy placku i herbacie, odbywa się podczas nordic walkingu. Biadolenia na temat kolejnych podwyżek, chorób i katastrof ustępują miejsca relacjom z podróży. Niekiedy przebojowość babć finalizuje się nawet w salonie tatuaży. Natomiast dziadkowie chętnie odwiedzają siłownię lub oddają się pokusie nurkowania. Przewodnikami po świecie nowoczesnych rozwiązań stają się wnukowie. Ta zupełnie nowa sytuacja charakteryzuje przewrotność współczesności.

Nie możemy traktować osób starszych wyłącznie jako bohaterów epok minionych. Pozwólmy naszym dziadkom realizować marzenia i pasje. Zrozumienie i akceptacja to najwspanialsze podziękowania za przekazywane nam wartości. To, co nie powinno ulec zatraceniu w socjologicznej rewolucji, to niewątpliwie wyrozumiałość i szacunek dla drugiego człowieka bez względu na wiek, płeć czy pochodzenie.

Redakcja „Czasu na kulturę” życzy wszystkim babciom i dziadkom: zdrowia, szczęścia, pociechy z dzieci i z wnuków, a także sił na dalszą realizację marzeń z dzieciństwa. Dwieście lat!


autor: Szymon Kubiak, student I roku WWSH

korekta: Danuta Mucha-Orlińska, studentka III roku WWSH

zdjęcie: blox.pl

scroll back to top

Hipsi

Tęcza kwiatów, długie włosy, wolna miłość – przed państwem hipis w całej okazałości. Epoka buntowników pozbawionych agresji. Rewolucja seksualna, wyzwalająca ludzkie popędy. Wstręt do pracy, garniturów, gorączki złota. Pacyfizm wszystkich frontów. Całość podana w akompaniamencie narkotykowego odurzenia. Legendarne lata 60 zapraszają…

14 stycznia 1967 roku w San Francisco odbył się Pierwsze Światowe Połączenie Człowieka. Bohaterem zjawiskowego happeningu został wyrzucony z Harvardu wykładowca psychologii – Timothy Lear. Mężczyzna głosił zbawienne dla całej epoki hasła: odpadnij, włącz się i dostój. Kluczem do pojęcia zagadki życia stał się dietyloamid kwasu lizergowego, znany szerzej

jako LSD. Narkotyk ten stanowi fundament subkultury hipisów. Co ciekawe, Leary początkowo eksperymentował na psychopatach i mordercach. Rozświetleni przez halucynogenne środki kryminaliści okazywali zanik cech patologicznych. Wielogodzinne halucynacje, często o mistycznym zabarwieniu, podróże w głąb własnej duszy to główne następstwa tego narkotyku. Naukowiec resocjalizował kolejnych więźniów, leczył psychozy i depresję, pomijając efekty uboczne stosowanej terapii. Zbuntowana młodzież uwierzyła, że nadszedł upragniony czas pokoju i wiecznej miłości. Epoka pracy i pieniądza runęła. Narkotykowa wizja świata ruszyła, wszystko stało się piękniejsze.

Maszyna wojny

Hipisi kochali życie. Głosząc równouprawnienie, odrzucali podział rasowy. Wojna w Wietnamie kontrastowała z hasłami epoki dzieci kwiatów. Zbuntowana młodzież wywołała lawinę protestów i demonstracji. Domagano się szacunku do człowieka, jako największej wartości. Horror azjatyckiej rzezi obrazował upadek ustępującego pokolenia dorosłych. Konsumpcjonizm, podsycany chęcią zysku, czynił z ludzi zwierzęta. Zabijano, gwałcono, strzelano. Świat płonął chciwością i nienawiścią. Lekarstwem okazał się pacyfistyczny charakter ruchu hipisów, doskonale uchwycony w musicalu Hair. Pieśni wolności rozbrzmiewały głośno. Strzały karabinów stopniowo milkły…

Dom, miejsce szczególne

Hipisi uciekali od kapitalistycznego zgiełku wielkich miast. Pragnienie życia w zgodzie z naturą zrodziło idee komun. Były to najczęściej wiejskie osady, pełne spokoju i harmonii. Początkowo mieszkano w kolorowych busach, wojskowych namiotach. Z czasem zaczęto budować domy, mieszczące nawet czterdziestoosobowe gromady. Wierzono, że stworzenie takich warunków

bytowania umożliwi łagodzenie traum zepsutego dzieciństwa. Wyeliminowano nuklearny model rodziny. Wychowaniem potomków zajmowała się cała społeczność komun, powszechne stały się także grupowe małżeństwa. Negowano środki antykoncepcyjne, całkowicie oddając się prawom natury i seksualnego popędu.

Kwiaty nam z koszul spływały…

Pisząc o hipisach, nie sposób pominąć wizualnej strony subkultury. Długie włosy, kolorowe koszule z motywami kwiatów to odwołania do natury i matki ziemi. Fascynowano się również strojami Indian oraz Hindusów. Noszono koraliki, włosy ozdabiano kwiatami. Hipisi w celu podkreślenia swojej samowystarczalności kultywowali sztukę rękodzieła, szyjąc własne ubrania. Strój miał symbolizować związek z przyrodą. Chodzono boso, aby nie deptać wspólnej planety. Moda stała się symbolem. Burza kolorów, luźny krój, indiańskie poncza czy jeansy z szerokimi nogawkami to modowe trendy lat 60.

Miasto wolności – Woodstock

Muzyka przybrała wymiar filozofii. Stanowiła sztandar pokolenia, była mlekiem dla wygłodniałej moralnie epoki. Teksty

przepełniały wielkie idee. Psychodeliczne okładki płyt stały się symbolem kultu. Jimi Hendrix, Bob Dylan, Janis Joplin, The Doors, The Sunset Strip, The Stepenwolf to kanon muzyki lat sześćdziesiątych.
Apogeum hipisowskiej kultury przypada na 1969 rok. Ponad 450 tysięcy ludzi na 120 hektarach i niespełna cztery sierpniowe dni wypełnione muzyką. Cała historia zdarzyła się w stanie Nowy Jork, w rejonach miejscowości Woodstock. Legendarny festiwal zorganizowali czterej mężczyźni: John Roberts, Joel Rosenman, Artie Kornfeld i Michael Lang. Najstarszy z nich liczył zaledwie 26 lat. Znajomych połączyła miłość do muzyki, marihuany i szeroko rozumianej radości życia. Reklamowy slogan: ,,Trzy dni pokoju i muzyki,, natychmiast trafił do zbuntowanej młodzieży. Zabawę gwarantowała plejada największych gwiazd: Jimi Hendrix, Janis Joplin, The Who, Santana. Idee zepsutego świata dorosłych zatapiano w błotnych kąpielach. Młodzieży nie przerażały opłakane warunki sanitarne czy brak toalet. Największy autostradowy korek w historii USA nie odstraszył pielgrzymek kolorowych buntowników. Dostępność narkotyków wpływała na znakomitą zabawę. Nic nie było w stanie zakłócić idei całego festiwalu. Hipisi stali się królami całego świata…

Kwiaty we włosach, potargał wiatr…

Kolorowy bunt dotarł również za żelazną kurtynę. Świat PRL kontrastował z wolnością nowego pokolenia Ameryki. Hipisów stawiano w świetle bezdomnych leni i wyrzutków społecznych. Opór wobec władzy stanowił siłę napędową. Powstawały komuny, organizowano hipisowskie zloty. W realiach Polski Ludowej LSD zastąpiono przeróżnymi odpowiednikami. Korzystano z dobrodziejstw i aromatów rozpuszczalników, tabletek, kropel. Artyści tacy jak Czesław Niemen czy zespół Brekaut niewątpliwie inspirowali się światem hipisów. Dziwny jest ten świat to protest przeciwko pogardzie dla człowieka i zatracaniu duchowej równowagi, wiara w naprawę i wielkość humanizmu człowieka. Marek Jackowski śpiewał o potrzebie błękitnego nieba, a Czerwonym Gitarom kwiaty we włosach potargał wiatr.

Złośliwi zmierzch epoki dzieci kwiatów określają jako przebudzenie z naiwności. Zdaniem wielu hasła wygłaszane w latach 60 towarzyszą nam do dzisiaj. Nieustannie pragniemy pokoju, miłości, duchowego spełnienia. Make love, not war !!!

autor: Szymon Kubiak, student I roku WWSH

korekta: Danuta Mucha-Orlińska, studentka III roku WWSH

zdjęcie: twoje-wiesci.pl

scroll back to top

Nasza Ekipa

Jesteśmy na Youtube

RSS